Jakiś czas temu miałam tutaj notkę o waginach w wydaniu palce lizać, teraz będzie o takich, na które można tylko popatrzeć. I albo się zachwycić, albo obrzydzić. Jak dla mnie jest to kicz przestraszny, ale co kto lubi.
Sztuka nie zna granic. A jeszcze jak znajdzie uznanie!
Nowy krzyk mody ślubnej.
Zielone, hand-made robione korale.
Sztuka ulic(znic)y.
I takie oto wisiorki.
Na koniec miła i miękka w dotyku poduszka-wagina. Ze specjalnym schowkiem na wibrator. Tak przynajmniej pisze producent.
Jeden przytuli, drugi połknie w całości. Oczywiście wszystko Made in Japan. Pewnie ta sama dziewczyna ujeżdża jednego misia, a drugiemu wystaje z gardła.
Tak, tak, wszyscy wiedzą, że coś takiego istnieje. To tak tylko dla przypomnienia, że nie wszystko tyłek co jędrne i wystające z tego fragmentu kobiecych pleców, który traci swą szlachetną nazwę w pewnym momencie.
Trochę tu się zakurzyło, to fakt... Akcja reanimacja bloga ruszona, po części dzięki pozytywnej reakcji na moje tworzywo poniższe pana Oskara, którego zaciągnęła w te rejony nieznana siła wyższa. Tudzież dobrze spozycjonowana jedna notka w Google Images.
A poniższe - rozruchowe. Reklama pewnego płynu do mycia naczyń. Nie mylić z niczym innym.
Osobiście wolę miętę w czekoladzie. Co też się wielu ludziom wydaje dużym spaczeniem spożywczym.
Zaprojektowane przez Jaques'a Pensego znaczki na każdą okazję, kopertę czy okładkę. Zależy, czy chcesz rozbawić, przestraszyć czy spowodować zawał serca. W skutkach równie krwawy jak te znaczki.